Czupel zdobyty :)

Szczerze mówiąc spodziewałem się spacerku, w końcu 933 m.n.p.m. to nie żaden wyczyn (523m wybitności). No i się, qrna, przeliczyłem. Całkiem niezła stromizna ;-) Dyziek biegał w śniegu jak szalony zapadając się do połowy tułowia :) My brodziliśmy po kolana w śniegu wyciskając z siebie 7 poty. Wycieczka zajebista, chociaż kiedy dochodziliśmy na szczyt załamała się pogoda i widoczność spadła do kiludziesięciu metrów. Na oko około 30m (co widać na załączonym obrazku). Do tego zerwał się silny i lodowato zimny wiatr, więc na szczycie spędziliśmy niecałą minutę, robiąc sobie fotki pod kapliczką. Było superświetnie. Kto nie chodzi w zimie po górach ten nie wie jak smakują domowe kanapki na szlaku i herbata z termosa z cukrem i cytryną (normalnie nie słodzę). Chyba nie może być lepiej, nawet jeżeli ledwo siedzę i jakbym się położył to bym ledwo leżał. Czuję się jak koń po westernie ;-)
Jednak nie wszystko było takie „rurzowe”. Po zejści z Czupla, kiedy wchodziliśmy na parking, objechała mi noga na lodzie i coś mi lekko strzeliło w prawym kolanie. Mam nadzieję, ze to nic poważnego i szybko przejdzie. Tak czy inaczej – było warto :)
Najnowsze komentarze