Najsilniejszy człowiek świata

Oczywiście zaraz po mnie ;-) Rozrywa podkowy, przy kluczach nosi fortepian, łamie dęby i wygina drzewa. Nawet z samego rana po całonocnej wędrówce po górach w deszczu i 36h na nogach.

Oczywiście zaraz po mnie ;-) Rozrywa podkowy, przy kluczach nosi fortepian, łamie dęby i wygina drzewa. Nawet z samego rana po całonocnej wędrówce po górach w deszczu i 36h na nogach.

Pierwsza fotka fajnie ilustruje to co sobie pomyślałem wczoraj z samego rana, kiedy to nastąpiła zmiana kodu i wskoczyła mi trójka na początek. Stało się, przekroczyłem trzydziechę i młodszy nie będę. Co prawda wysiąść z tego pociągu nie sposób, to jednak z drugiej strony, tak na prawdę, nic się nie zmieniło od wczoraj i czułem się dokładnie tak samo jak dziś i rok temu. Nigdy nie przywiązywałem wagi do swoich urodzin i wieku skupiając się na tu i teraz, na samopoczuciu i takich innych rzeczach, jednak chyba po raz pierwszy czuję upływający czas. Trochę to dziwne jak dla mnie ;-) Rzekłbym nawet, że na maksa dziwne ;-) Bo to jest tak, że chociaż dziś nie różni się zbytnio od przedwczoraj, to jednak wiem, że przedwczoraj już nie wróci. ;-)

AAAALLLLEEEEE chyba mam to gdzieś. Do czterdziechy daleko i jeżeli blożek przetrwa, a znając moje zapędy jest na to szansa, chociażbyście mnie przestali czytać, to na pewno napiszę jak się czuje człowiek z czwórką z przodu ;-) Mam nadzieję że nie będzie mnie strzykać z boku ;-) A jak będzie to nie za bardzo i nie przeszkodzi mi to się czuć tak jak się czuję teraz i 10 lat temu, kiedy byłem przekonany, że małżeństwo to abstrakcja i w każdy piątek szedłem na imprezę. W sobotę też. No i w tygodniu ;-)

Natomiast odnośnie tradycji (trudne słowo ;]), ostatnia fotka to taka powtórka z rozrywki, oryżinal, zrobiony niecałe 2 lata temu, można znaleźć TUTAJ.
Carpe diem ;-)
Poza tym, chyba nie ma lepszej rzeczy, niż spędzenie urodzin w Tatrach, conie? ;-)

Siedzę przed kompem z kubkiem gorącej herbaty z cytryną i miodem i zastanawiam się od czego zacząć dzisiejszy wpis. To co przeżyliśmy w sobotę było piekłem na ziemi, chociaż zapowiadało się zupełnie inaczej. Wszyscy wiedzą, że z górami nie ma żartów, że pogoda może zmieniać się szybko, że może wiać wiatr, padać ulewny deszcz albo sypać gęsty śnieg, szczególnie kiedy naszym celem była Królowa Niepogody, czyli Babia Góra, którą chcieliśmy sobie odhaczyć jako kolejny szczyt Korony Gór Polski zdobyty zimą… Ale nikt nie spodziewał się wzywania GOPR’u i odmrożeń, ale po kolei.

Rozpoczęło się elegancko. Super dobre humory, bardzo fajna pogoda, prószący śnieg. Mocno żałowałem, że nie wziąłem ze sobą okularów przeciwsłonecznych, bo przebijające gdzieniegdzie słoneczko odbite od śniegu powodowało u mnie niemalże ból oczu. Z takimi humorami dotarliśmy do schroniska, gdzie strzeliliśmy fasolkę po bretońsku (ja i żonka) i flaczki (Gouomp), chwilę odpoczęliśmy i wyruszyliśmy dalej człapiąc w śniegu po kolana w kierunku Przełęczy Brona. Tempo mieliśmy całkiem niezłe. Im wyżej wchodziliśmy tym było zimniej i widoczność nieco spadała, jednak nie na tyle, żeby obawiać się zbłądzenia. Po godzinie z hakiem dotarliśmy do szczytu “odbiliśmy” się rękami na murku i postanowiliśmy wracać. Po dotarciu do trzeciej tyczki okazało się, że nie widać czwartej, ani, co gorsza, drugiej. Szybka decyzja – wycofujemy się, sprawdzimy GPS, ewentualnie poczekamy na poprawę pogody. Było nam ciepło, sucho i godzina była optymistyczna – 13 z minutami, mieliśmy dwa termosy gorącej herbaty i zapas czekolady. Tą fotkę na samej górze zrobiłem sobie tuż po zdobyciu szczytu.

Na zdjęciu powyżej widać tyczkę, a w zasadzie jej zarys. Odległość 5m. W tym momencie zaczęło robić się nieciekawie. Zerwał się porywisty wiatr i śnieżyca. Wiało jakieś 100km/h albo i lepiej, temperatura -10 stopnie Celsjusza + wiatr dawała odczuwalną temperaturę na poziomie poniżej -30 stopni. Próbowaliśmy jeszcze dwa razy znaleźć szlak, GPS prowadził nas wszędzie, tylko nie szlakiem. Pomyślałem sobie “o qrva, jesteśmy w dupie”, jednak nie traciłem zimnej krwi. Wszyscy działaliśmy metodycznie i racjonalnie. Kolejny powrót na szczyt, praktycznie po omacku. Totalny whiteout. Po prawej – biało, po lewej – biało, góra – biało, dół – buty. Lewa strona nie różniła się od prawej a przód od tyłu. Mleko. Jedno, wielkie, pieprzone mleko. Po trzech kółeczkach wokół własnej osi można było stracić orientację i pójść w innym kierunku niż by się chciało. Szybka decyzja – dzwonimy po GOPR, nie ma co chojraczyć i próbować zejść samemu, bo mogłoby się to skończyć zagubieniem, co przy tych warunkach miałoby zapewne tragiczne skutki. Goprowcy dotarli do nas błyskawicznie, bo po 40 minutach. Oprócz gorącej herbaty i kurtki, którą dostała moja żona przynieśli całą masę optymizmu i dobrego humoru. Dla mnie chyba to było najważniejsze. Pełen luz, ZERO stresu, uśmiechy, pytania o naszą formę i samopoczucie. Krótka rozmowa i okazuje się, że nie możemy wrócić do Markowych Szczawin, tylko musimy iść w kierunku przełęczy Krowiarki, bo tam po drodze czeka jeszcze trójka turystów. Poszło szybko, po pół godzinie dotarliśmy do dwójki turystów z Krakowa, po kolejnych 30 minutach do turysty z Poznania. Humory mięliśmy całkiem niezłe, chociaż zaczynał nam dokuczać mróz. Poniżej ja o godzinie 16.

W zasadzie wszystko mogło skończyć się w ciągu kolejnej godziny, może półtorej na przełęczy krowiarki przy ciepłej herbacie, jednak dopiero wtedy rozpętało się piekło. Pogoda zdawała się jeszcze pogarszać a wiatr, który wiał jeszcze szybciej, przeszywał nasze poowijane w kurtki ciała jak grad zmrożonych kul wystrzelonych z setek ak-47. Pogoda tak nam dała w dupę, że nawet GOPRowcy się zgubili i idąc “na GPS” zeszliśmy ze szlaku brodząc przez prawie 2h w śniegu po pas, zapadając się co chwila nawet głębiej. Po tej trasie byłem już tak wykończony, że wchodząc jakieś 10m pod górę musiałem trzy albo cztery razy robić przerwę. Kryzys. Jeden skurcz uda, drugi, trzeci, prawa noga dokucza mi bardziej. Chce mi się wyć z bólu, ale nie mogę nikomu pokazać, że coś jest nie tak. Wszyscy pocieszamy się na wzajem. Odeszły mi siły, na szczęście zaraz po wejściu na górę napiłem się gorącej herbaty i zjadłem “rządek” czekolady. Niesamowite jest to jak organizm reaguje na taki zastrzyk energetyczny. Kryzys mija, chociaż zmęczenie nie, ale pchany adrenaliną mam wrażenie, że mogę przejść wiele kilometrów. Jednak okazuje się, że nie mam szlaku, bo nie ma tyczek. Ratownik mówi, że często turyści wyrywają te tyczki i czasem robią z nich ogniska. Jeżeli kiedykolwiek zobaczę kogoś palącego tyczkę osobiście wetknę mu ją w dupę. Do końca.
Ratownicy GOPR, nasi wybawcy, na zmianę szukają szlaku, bez powodzenia. Przez radio wzywają kolejnych ratowników podając im położenie z GPS. W zasadzie nie mieliśmy innego wyjścia jak czekać. Zejście mogło skończyć się zbłądzeniem i/lub wyczerpaniem. Czekamy. Godzinę, dwie, trzy. Wiatr nie przestaje wiać. Ja nie mogę nigdzie zadzwonić, bo zwariował mi telefon. Nie ma sygnału, chociaż widzę na ekranie jak przeskakują sekundy połączenia. Dzwonię do rodziców i mówię, że wszystko z nami ok, jest GOPR itd, mam nadzieję, że chociaż ich nie słyszę to oni mnie wyraźnie. Niestety połączenia tak na prawdę nie było i rodzicie niczego się nie dowiedzieli. Domyślam się jaką mają nerwówkę. Jest godzina 21 a my mieliśmy być w domu późnym popołudniem. Na górze czekaliśmy ponad 4 godziny, mimo wyposażenia przemarzliśmy na kość.

Diablak.
Po jakiś 4 godzinach dotarli pozostali ratownicy. Ze Szczyrku, Cieszyna, Zawoi i Suchej Beskidzkiej. Niesamowici ludzie. Serdeczni, pomocni, roześmiani. Z litrami gorącej herbaty i tonami słodyczy, które wpychają w nas niemalże na chama. Herbata z miodem, z cukrem, zwykła, owocowa, jałowcowa. I wszystkie przepyszne. W życiu tak mi nie smakowała herbata. Dostaję gorący ogrzewacz, do włożenia pod bluzę. Czuję jak się rozgrzewam, jak puszcza mi napięcie, wraca elastyczność ciała. Nie przeszkadza nawet ból nóg, chociaż wiem, że kilometry w śniegu i kilka rozrywających nogi skurczy mnie zmasakrowało i to, że tak na serio jestem mocno przemarznięty. Przez radio słyszę, że centrala pyta czy jest wśród nas Adrian i Wioleta, okazało się, że mama dzwoniła do GOPRu martwiąc się o nas. Domyśliłem się, że moje telefony nie dotarły i czuję co przeżywają. Ostatecznie udało mi się do nich dodzwonić po 23.
Jestem zaskoczony wytrzymałością organizmu i barierami jakich nie próbowałbym nawet przekraczać, kiedy nie byłbym do tego zmuszony. Dla mnie wyprawa skończyła się na kilku obtarciach i odmrożonych 6 palcach, z który teraz, po dwóch dniach, dokuczają mi jeszcze 4, w tym dwa słabo. Jutro, pojutrze wszystko powinno być okej. Ta wyprawa nauczyła mnie jeszcze większej pokory do gór, ale też dodała mi wiary w siebie i swoje możliwości. GOPR będę wychwalał do końca życia, szczególnie dlatego, że oprócz profesjonalizmu przynieśli pogodę ducha i optymizm tak potrzebny w czarnej dupie, w jakiej się znaleźliśmy w sobotę.
Oficjalne, lekko nieścisłe notki można przeczytać na przykład na onecie.

Nie udało się wykonać planu. Nie dotarliśmy na Pilsko mimo tego, że było na wyciągnięcie ręki. W zasadzie mogliśmy na nie wejść z marszu, bez melinowania się w “schronisku” na Hali Miziowej, ale postanowiłem (chyba to była moja decyzja), że poczekamy do jutra, czyli do niedzieli (wyruszyliśmy w sobotę), żeby było zgodnie z planem.

(toja, toja!)
Wieczorem popatrzałem sobie na bieg Justyny Kowalczyk, który był dla mnie absolutnym poruszeniem i oglądając go miałem chyba podwyższone ciśnienie krwi. W każdym bądź razie przy finiszu prawie wyskoczyło mi serce. I nie ma w tym grama przesady, dla mnie najbardziej emocjonujący moment całych igrzysk olimpijskich w Vancouver. Kocham takie momenty i cieszę się z nich jak dziecko. No i ta motywacja. W jakiś sposób pcha mnie to do przodu ;-)

Wracając jednak do naszej wycieczki – powrót był jednym z moich najlepszych przeżyć w górach w ogóle. W nocy zerwał się halny. Nie mam pojęcia z jaką prędkością wiał jednak miażdżył swoją siłą. Było czuć moc natury :))) Dyziek nie chciał wyjść ze schroniska, więc odpadła nam wycieczka na Pilsko. Postanowiliśmy zejść na dół, chociaż serce i nogi rwały się do góry ;-) Najbardziej poszkodowany był chyba Gouomp, który dołączył do nas rano z zamiarem zdobycia góry gór. Samo zejście było pełne wrażeń, staraliśmy się jednak iść mądrze i niepotrzebnie nie ryzykować. Szlak był momentami dosyć mocno oblodzony (co widać na obrazku powyżej, na którym Gouomp pomaga mojej żonie wejść z powrotem na szlak), kiedy indziej szło się w śniegu “po nabiał” (pierwsza fotka), dodatkowej grozy dodawał wicher i trzeszczące drzewa. Jedno się nawet złamało za nami, jakieś 5 minut drogi od momentu, w którym je minęliśmy. Samego upadku nie widzieliśmy, natomiast było to wyraźnie słychać.

Rano, kiedy Gouomp wychodził na szlak w miejscu, które widać powyżej, było jedno powalone drzewo, kiedy mijaliśmy je jakieś 4 godziny później tych drzew było już kilkanaście. Niektóre leżały też na linach z wyciągów narciarskich. Było nieźle i na tyle spodobał mi się taki wypad, że mam ochotę spędzić zimą noc na Diablaku, albo w jakimś innym pięknym miejscu. A marzenia są po to, żeby je spełniać ;-)

Chwila z fanami. W tle ogonek z dzieciaków. Generalnie podziwiam Martynę. Raz za osiągnięcia, dwa za cierpliwość. Ogólnie bije od niej jakaś taka sympatia i ciepło. Fajnie być normalnym. Definitywnie.
Najnowsze komentarze