GCK

Dzień zapowiadał się wybitnie podle (na klawiaturę ciśnie mi się inne słowo na cztery litery, zaczynające się od ch). W niebie pękła rura z lodowatą wodą, która zamarzała przy zetknięciu z podłożem tworząc lokalne pola antygrawitacyjne – można było znaleźć się dupą na wysokości butów, lub odwrotnie, w zależności od interpretacji. Ubrałem się więc odpowiednio i wybrałem na warsztaty prowadzone przez pewnego miłośnika psów, który równocześnie jest jednym z moich ulubionych, jak to się modnie mówi, fotożurnalistów. Lubię go mimo tego, że zjechał kiedyś moje zdjęcie =] Spotkanie obfitowało w zdjęcia (a jakże), anegdoty, niekontrolowane wybuchy śmiechu, masę wiedzy i dużego kopa inspiracyjnego. Poukładało mi się w głowie kilka rzeczy, zasadziło się też ziarenko, z którego – mam nadzieję – wyrośnie coś fotograficznie fajnego. Najlepsze w takich spotkaniach jest to, że wychodząc z nich dochodzę do wniosku, że wiem o fotografii mniej niż mi się wydawało że wiem, kiedy tam wchodziłem. Dla mnie to taki mentalny reboot, odświeżenie tej szarej masy w środku czaszki. Nowe spojrzenie na to samo, nowe nadzieje i pomysły. Jest pięknie.
Zdjęcie wybitnie znudzonego chłopca leżącego na schodach zrobiłem dziś wychodząc z wystawy zdjęć Tomasza Tomaszewskiego.
Natomiast na poniższym jest sam Mistrz (mistrz kadrów, bo od obróbki ostatnich jego prac bolą mnie zęby ;-]) składający autografy na swoim albumie, którego nie kupiłem, bo nie miałem kasy ;-)

No, wpytę było. Dobrego dnia!











Najnowsze komentarze