
Rano pobudka, wypad z psem i do pracy. Oranie w fabryce do 15:30 albo 16, w zależności, na którą przyjechałem popracować, potem na chwilę do domu i potem bieg do drugiej „pracy”, z której wracałem po 19 umęczony jak koń po westernie. Potem trzeba było coś porobić, zjeść kolację (dzisiejszą widać na załączonym obrazku) i w zasadzie dzień się kończył. Na szczęście mam to już za sobą. Dziś był ostatni dzień zapieprzania! Od jutra wracam do normalności, czyli do momentu, w którym nie muszę biegać jak oszalały i traktować domu jak noclegowni.
Wracając do dzisiejszej kolacji – to nasz własny wyrób (dziś tylko zawijałem i jadłem =]) – tortilla po naszemu, czyli dużo warzyw, z rukolą i sałatą lodową na czele, do tego odsączony z nadmiaru tłuszczu kurczak i superdobry, przyprawiony na ostro sos, zrobiony z odrobiny śmietany i musztardy sarepskiej, dużej ilości jogurtu naturalnego i czosnku. Bardzo to dobre, dużo zdrowsze od wersji fastfoodowej i do tego szybko się robi. =]
Poza tym – pewnie większość zauważyła, że co wchodzi to blożek inaczej wygląda. Miotam się jakoś z tym wystrojem i nie mogę znaleźć nic odpowiedniego, głównie dlatego, że zachciało mi się dużych zdjęć, przez co skórka z panelem bocznym generuje zbyt szeroką stronę (dostaję sygnały, że „się nie mieści”). No nic, na razie jest co jest, może w końcu coś wykombinuję =]
Bez zdjęcia.
Rzadko kiedy pamiętam swoje sny. Zwykle wiem, że coś mi się śniło, jednak po przebudzeniu nie wiem co to było. Za to dziś pamiętam swój sen bardzo wyraźnie. Śniła mi się Kora, a w zasadzie jej zdjęcie, które nigdy nie powstało. Poza tym wyglądała zupełnie inaczej, miała krótką sierść i siwe włosy na pyszczku. Oczy były na 101% jej. Patrzała na mnie z tego zdjęcia z tęsknotą i ciepłem, chociaż mam wrażenie, że to spojrzenie było dokładnym odbiciem mojego. Wiem, że byli tam też inni ludzie, na pewno moi rodzicie, siedzieli naprzeciw mnie. Była jeszcze jedna osoba, jednak nie wiem kto. Pewnie moja siostra, chociaż nie mam pewności, bo wydawało mi się, że to był ktoś starszy. To wszystko jest na tyle ciekawe, że dziś przypada pierwsza rocznica jej śmierci…

Ciągle sypie. Chociaż skłamałbym piszać, że kompletnie nic się nie zmieniło, bo zmieniła się nieco temperatura i wróciły opady śniegu. Uwielbiam zimę z tonami śniegu. Chcę w góry! :)

Skończyłem dziś czytać „Wytropić Eichmanna”, o której wspominałem całkiem niedawno. Ta książka wbiła mi się w mózg. Tkwi tam jak drzazga w palcu, która nie chce wyjść. Z jednej strony jest fascynująca i nie sposób się od niej oderwać, z drugiej jest niesamowicie smutna i tragiczna. I to dla wszystkich, o których mowa w książce. I pomyśleć, że w tym momencie takie same rzeczy (wojny, masowe morderstwa) dzieją się gdzieś na świecie. W Afryce, na Bliskim i Dalekim Wschodzie, w Ameryce Południowej… Aż trudno w to uwierzyć.

Fotka w oczywistej pozycji siedzącej na dupie
Właśnie wróciłem z wypadu na narty. Uparłem się na dechę i wyszło na to, że był to błąd. Pierwszy raz w życiu miałem snowboarda na nogach, bo wydawało mi się, że skoro sporo jeździłem na deskorolce to decha będzie w sam raz dla mnie. Oczami wyobraźni widziałem jak zjeżdżam z ogromną prędkością z samego szczytu, wyprzedzam wszystkich a na dole każdy chce sobie ze mną zrobić zdjęcie. Dupa. Do tego nadgarstki i łokieć. Wszystko mnie boli. Średnio leżałem co 3 metry, co daje liczbę ponad 730 upadków na trasie. Masakra. Po pierwszym, półtoragodzinnym zjeździe, (w czasie którego raz udało mi się zaliczyć taką glebę, że pokazały mi się gwiazdki) stwierdziłem, że to pieprze i poszedłem wymienić wypożyczoną deskę na narty. Było zajebiście, chociaż miałem kilkuletnią przerwę w jeżdżeniu na nartach. Na szczęście w końcu ją przerwałem. Nogi mam ugotowane, w czasie zjazdu myślalem, że mi spłoną, bolą mnie wszystkie mięśnie (nawet te, o których istnieniu nie wiedziałem), co gorsza spodziewam się jutro zakwasów i związanego z tym bólu, który siłą i intensywnością przypomina wirujące ostrza wrzynające się w uda. I całą resztę. Ale i tak jestem maks zadowolony :D Dopiero jutro będzie gorzej!
Ilustracja to wspaniałej jakości fota z ajfona 3G. Prosto z „puszki” :D
Aaaa… no i jeszcze jedna zajebista rzecz – nie ma to jak mieszkać godzinę drogi od takich tras narciarskich. Dzięki temu nie musiałem dziś brać wolnego, bo pojechaliśmy ekipą z fabryki po pracy. No, urwaliśmy się ciutkę wczesniej. Koszty: 28zł wypożyczenie sprzętu, 40zł karnet na 3h, na paliwo pewnie po 15zł. Wrażenia i ból dupy – bezcenne :D
Najnowsze komentarze