
Pogoda jest nieznośna, nawet dla kogoś, kto lubi każdą pogodę. Chodnik, po którym chodzę codziennie z psem zalała woda, do tego jest to chyba najbrzydszy maj jaki pamiętam. No ale to nic, za niedługo znowu będzie fajnie. Tymczasem myślę o wakacjach. Chętnie zrobiłbym sobie reset mózgu, szczególnie po tym weekendzie, który spędziłem pracując od rana do nocy. Blee.

Jak zwykle do plecaka na wyjazd włożyłem aparat, do tego wziąłem średniaczka z ostatnią klatką i dodatkowo kodaka t-max 400. No i nie wiem po co to wszystko targałem, bo nie miałem okazji ani potrzeby tego aparatu wyjąć z torby. Ta fota powstała już po wyjeździe z Warszawy do domu. Ech… nie lubię tak gdzieś jechać i nie zrobić zdjęcia. A, no i niezły śmietnik mam na matrycy.

Przejechaliśmy dziś kilkaset kilometrów po imprezowym weekendzie, lało wiało, ruch był spory. Ledwo siedzę, zgrywam muzę na grajka, piję herbatę i staram się nie rozwalić sobie ryjka o blat biurka, bo mi wiele do upadku nie brakuje. U Jacków było wypaśnie, zrobiłem dwie rolki ilforda, zacząłem trzecią, cyfra przez większość czasu leżała w torbie.
Załączony obrazek przedstawia bok sklepu nocnego i ma się nijak do dzisiejszego wpisu, ale niefajnie byłoby nie dawać zdjęcia w ogóle. No a jutro wybieram się do Bielska na koncert Lipali ;-)
Zwijam się przykleić do poduszki.

Wczoraj przeglądałem na kompie zeskanowany negatyw – z wątku pierwszy średniaczek. Zrobiło mi się sentymentalnie. Nie z powodu tego, że to mój pierwszy średniak (chociaż ostatnio odkryłem, że jednak nie – o czym dalej), ale z powodu zawartości. Wydarzenia uwiecznione na negatywie miały miejsce niedawno, wiele się od tego czasu nie zmieniło, dodatkowo zdjęcia są poruszone i nieostre, jednak… no kurka, rozwalają mnie w drzazgi. Klimat niesamowity. Przy cyfrze muszę się ostro namiąchać, żeby osiągnąć podobny efekt. Tutaj „pstryk” i jest magia.
Samo czekanie na zdjęcia jest fajowe. Na cyfrze widać wszystko od razu – histogramy, czas naświetlania, przysłona i „tysiącpincet” innych parametrów. W anaglogu trzeba najpierw skończyć rolkę, co samo z siebie nie jest zadaniem prostym – klątwa ostatniej klatki wam coś mówi? ;D Potem trzeba wywołać film, bardzo lubię ten etap i moment w którym po raz pierwszy spoglądam na negatyw pod światło… Kiedyś czasem jeździłem z Tatą do pracy, wywoływaliśmy filmy, przesiadywaliśmy w ciemni robiąc odbitki :) Przysłanianie fragmentów zdjęcia, żeby się nie „przyciemniły” i takie tam bajery. Każda odbitka była inna, dopieszczona, na dobrym papierze. Zdarzało też nam się wołać filmy „miękko” albo forsownie – np. 400tka kodaka, którą ze względu na brak światła, niedoświetliłem o 2 działki. Odbitki z tego mam do dziś. Ziarnistość, jakiej próżno szukać w fotoszopie.
Rolka tmax’a czeka w lodówce. Już się nie mogę doczekać kiedy ją założę, potem powolutku skończę, pojadę wywołać (niestety sam tego nie będę robił), zeskanuję (archiwizacja) i zrobię odbitki. Bo zdjęcia żyją dopiero na papierze.
Co do mojego niby pierwszego średniaka, to ostatnio robiąc porządki u rodziców znalazłem jeszcze starszy negatyw z pentacona naświetlony przeze mnie na wakacjach, pewnie jakieś 10 lat temu ;-)

Dziś się nawycinałem. W zasadzie nie było to wycinanie – bo nie używałem do tego nożyczek – raczej obcinanie. To takie finalne dopieszczenie odbitki. Lubię kiedy zdjęcia lądują na papierze, zupełnie inaczej się je ogląda. Nie mogę się doczekać kiedy w końcu kupimy ramki i powiesimy zdjęcia w mieszkaniu, co z kolei będzie dopieszczaniem mieszkania ;-) Taki ciąg ramkowo-zdjęciowy. Na razie mamy – niestety! – ważniejsze wydatki i ramki muszą poczekać.
W fabryce sajgon. Poleciały głowy – kilka osób zostało zwolnionych bez ostrzeżenia w ramach restrukturyzacji, która tłumaczona jest kryzysem. Wqrwia mnie takie coś strasznie, jednak nie ma się co dziwić, bo pracuję w korporacji, czyli w miescu, w którym człowiek liczy się mniej.
Najnowsze komentarze