
Przejechaliśmy dziś kilkaset kilometrów po imprezowym weekendzie, lało wiało, ruch był spory. Ledwo siedzę, zgrywam muzę na grajka, piję herbatę i staram się nie rozwalić sobie ryjka o blat biurka, bo mi wiele do upadku nie brakuje. U Jacków było wypaśnie, zrobiłem dwie rolki ilforda, zacząłem trzecią, cyfra przez większość czasu leżała w torbie.
Załączony obrazek przedstawia bok sklepu nocnego i ma się nijak do dzisiejszego wpisu, ale niefajnie byłoby nie dawać zdjęcia w ogóle. No a jutro wybieram się do Bielska na koncert Lipali ;-)
Zwijam się przykleić do poduszki.

No i stało się. W zasadzie to już nie pierwszy raz. Wziąłem się za śluby i – bez ściemy – wciągnęło mnie to. Dużo się dzieje, klimaty są fajne, lekki stresik i gonitwa, ale wszystko pozytywnie i daje mi kopa do działania… I to na tyle, że niebawem pojawi się moje ślubne portfolio.

Póki co wrzucam trzy zdjęcia z wesela, które fociłem razem z Gutkiem jako jego bekap. Zdjęcia, jak zwykle, wybrałem trochę przekornie i nieco pod włos. Za co ostatnio zostałem nawet nieco zjechany (oczywiście nie przez Gutka ;]) przy okazji innych zdjęć. Bo szum, bo kompozycja, bo głębia ostrości, bo cośtam cośtam.

No ale nie byłbym sobą, gdybym tego nie miał w dupie ;-) A szum dodaję z premedytacją, bo dla mnie zdjęcia z cyfry są po prostu zbyt czyste. Moja puszka wypluwa gładkie obrazki na iso1600, co nie zawsze jest dla mnie zaletą, więc zdarza mi się focić w dzień na iso np. 2500, ale wtedy czasem zaczyna brakować migawki, DR itd. Tak ostatnio mam. Może kiedyś mi to przejdzie, może dorosnę do czegoś innego. Ewolucja ;-)
W piątek ruszamy do Wawy do Jacków na weekend. Średniaczek i trzy rolki już czekają :)

Wszystkich Świętych kojarzy mi się z rewią mody na cmentarzach, z korkami, z masami ludzi, z niedzielnymi kierowcami, przegiętymi cenami zniczy i spotkaniami z ludzmi, z którymi nie ma powodu spotykać się kiedy indziej ;-) Żeby uniknąć korków pojechaliśmy na groby późnym wieczorem.

Obawialiśmy się tylko, że może cmentarze będą pozamykane, ale mieliśmy szczęście. Pogoda była bezwietrzna z przeszywającą ciszą i mega mgłą. Jak wchodziliśmy na cmentarz w Goczałkowicach to było jeszcze coś widać. Potem już w zasadzie niewiele. Widoczność „na oko” jakieś 5m. Chciałem zrobić zdjęcie zamglonego kościoła, ale nie było go widać ;-) Samochodem przez pierwsze 10km nie przekroczyłem 20km/h i jedynym punktem nawigacyjnym były pasy na drodze.

Generalnie wyjazd udany i chciałbym to praktykować co roku. Nie traci się czasu w korkach. Dodatkowo lubię robić zdjęcia w dosłownie każdych warunkach, więc i tym razem sobie nie odpuściłem ;-) Poza tym lubię cmentarze, pewnie dlatego, że ponad 20 lat mieszkałem obok jednego i często wracałem późno do domu przez sam jego środek, więc nie kumam ludzi, którzy się ich boją, przecież to żywi ludzie mogą zrobić krzywdę, nieżywi są niegroźni ;-)
Najnowsze komentarze